|
LECH STĘPNIEWSKI
Jest tam także list - z maja 1992 r. - redaktorów "bruLionu" do redakcji "Polityki" będący odpowiedzią na propozycję wzięcia udziału w jakiejś dawno już zapomnianej ankiecie. Utwór w tonie pryncypialny ("odmawiamy wzięcia udziału", "nie mamy ochoty", "nie zasługujecie"), ale i nie pozbawiony tzw. konstruktywnych propozycji. "Będziemy z wami rozmawiać" - powiadają na koniec redaktorzy B. do redaktorów P. - "kiedy Koźniewski, Passent, Toeplitz zgodzą się zostać publicznie spałowanymi po tyłkach. Ale to mało. Będziemy mogli z wami rozmawiać po komunistycznej Norymberdze". Są to propozycje godne uwagi, choć pragnienie ujrzenia tyłka Koźniewskiego świadczy o cokolwiek spaczonym smaku estetycznym. Równie ważna jest deklaracja, która następuje po historiozoficznej części listu zwieńczonej tezą o niekwestionowanym tryumfie ideologii komunistycznej w Polsce - "na dwa pokolenia". "Nas to już nie dotyczy. Są wśród nas ideologiczni fanatycy i zwykli prywatni skurwiele" - wyznają redaktorzy B. - "ale nie ma już komunistów - a tym bardziej cynicznych polkomunistów (...) uprawiających odważne polemiki w cieniu ZOMOwskich pałek". Ja też mam spaczoną wyobraźnię, więc natychmiast wyobraziłem sobie ów "cień ZOMOwskich pałek" przypominających stado przedsiębiorczych fallusów - co jest plebejskim wariantem trzciny myślącej - i przemykającego między nimi Passenta. Tak zadumany machinalnie przeczytałem stopkę "bruLionu", a w niej wytłuszczone zdanie: "Zeszyt opublikowany dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury i Sztuki". Więc jakże to? "Odmawiamy wzięcia udziału" opublikowane "dzięki wsparciu". I gdyby jeszcze takiemu, o które prosi się pokornie pod kościołem! Ale tu przecież mowa o pieniądzach z upaństwowionego lasu Sherwood, gdzie jak dawniej - choć minęły "dwa pokolenia" - grabi się po ustawowemu, by wspierać po uważaniu. I rzecz nie w tym, czy podanie panów artystów "rozpatrzył pozytywnie" urzędnik Dejmek, czy może jeszcze urzędniczka Cywińska. Kradzione pozostaje kradzionym, a ministerstwo kultury - rozsadnikiem komunizmu większym niż tuzin redakcyj "Polityki". Owszem, za poprzedniej wersji obecnego ustroju wyłudzanie pieniędzy od komunistów mogło w sobie mieć (choć rzadko miało!) coś makiaweliczno-walenrodycznego. Ostatecznie lepiej było je strwonić na najdzikszą nawet awangardę niż zostawić Koźniewskiemu. Dzisiaj uczestniczenie w państwowym rozdawnictwie przywilejów jest jedynie wspieraniem cynicznego przekonania, że wolni ludzie swoje pieniądze potrafią wydać co najwyżej na wódkę i dlatego "ukulturalniać" powinien ich urzędnik. Ale ironiczna historia dopisuje właśnie nową pointę. Już niedługo redaktorzy "bruLionu" będą uprawiać swoje odważne polemiki ocienione ministerialnym majestatem w towarzystwie "wspartego" sumką 13 miliardów redaktora Toeplitza, którym się brzydzą. Na szczęście są późno urodzeni i - jak zapewniają - nie ma już wśród nich komunistów. Poeta A.M. mówił o sobie trzeźwiej: "okuty w powiciu". © Lech Stępniewski marzec 1994
|