|
LECH STĘPNIEWSKI
Na szczęście dla swej reputacji biskup Mikołaj być może wcale nie istniał (jak wiadomo, istotom nie istniejącym dużo łatwiej zachowywać się przyzwoicie) i chyba właśnie dlatego jego kult od X w. rósł pięknie i nieprzerwanie. Stopniowo został Mikołaj patronem m.in. uczonych, piekarzy, lombardzistów, żeglarzy, małych chłopców, kancelistów parafialnych, podróżnych, a także złodziei oraz dziewic pragnących wyjść za mąż. Tę ostatnią fuchę zawdzięcza św. Mikołaj znanej opowieści ze "Złotej legendy" Jakóba de Voragine. Jest to wzruszająca historyjka o pewnym biednym tatusiu, który postanowił swoje trzy córki wysłać na ulicę, by w ten sposób same zarobiły sobie na posag. Biskup Mikołaj tak się tym przejął, że przez trzy kolejne noce cichaczem podrzucał mieszek złota na posag dla każdej z trzech córek biednego tatusia. Nie było to, podkreślmy, całkiem zgodne z zasadami wolnorynkowego liberalizmu, który uczy, że biednemu trzeba dać raczej wędkę niż rybę. Skrupuły św. Mikołaja przed zachęcaniem do założenia prorodzinnej agencji towarzyskiej są jednak zrozumiałe, gdyż nie mógł wtedy znać jeszcze subtelnych wywodów innego świętego - mianowicie św. Augustyna - o pożytku jaki płynie dla harmonii świata z istnienia niewiast upadłych.
Niestety, z biegiem lat w pośmiertnej karierze biskupa Mikołaja zaczęło się coś psuć. Podejrzewamy spisek bezczelnych amerykańskich masonów, którzy nawet na banknotach dolarowych wymalowują swe ohydne kabalistyczne znaki, ale za rękę nikogo nie złapaliśmy. Faktem jest, że Mikołaj dotarł do Ameryki wraz z Holendrami jako Sint Nikolaas alias Sinter Klaas, co anglojęzyczna ludność przekręciła rychło na Santa Claus. Wkrótce potem - i to już na pewno masońskie sprawki! - biskupie atrybuty Mikołaja: czerwona mitra i pastorał, zamieniły się w czerwoną czapeczkę z pomponikiem oraz fantazyjny kijaszek. Odtąd Mikołaj wcale już nie przypominał biskupa, ale zażywnego, wyrośniętego krasnoludka. Sanie, renifery o głupawych imionach etc. to już tylko dopełnienie hańby wysokiego rangą funkcjonariusza Kościoła katolickiego. Nie istniejącego, ale zawsze... Czas już tedy najwyższy, by Kościół upomniał się o swego sponiewieranego świętego! Tym bardziej, że jego wizerunki od dawna firmują przedświąteczny kult złotego cielca i powielane w milionach egzemplarzy napędzają klientelę chciwym kramarzom. Biskup-krasnoludek uśmiecha się do naszych portfeli z każdej wystawy, a Kościół, ubogi dziś niczym owe trzy dzieweczki z legendy, guzik z tego, za przeproszeniem, ma. W dodatku za fałszowanie byle portek albo szamponu idzie się raz dwa do więzienia, a fałszywi święci szwendają się tymczasem bezkarnie po ulicach - bez mitry, bez pastorału, i nawet, o zgrozo!, bez stosownego zaświadczenia od miejscowego księdza proboszcza! A przecież jeśli taka Coca-Cola jest Zarejestrowanym Znakiem Handlowym (®) i ma zastrzeżony kształt butelki, czemu, na dobry ład, nie można by zarejestrować i świętego? Powie ktoś, że to inicjatywa trochę niedorzeczna, skoro św. Mikołaj - w odróżnieniu od Coca-Coli - nigdy nie istniał, i to nie istniał aż tak bardzo, że Kościół katolicki w 1969 roku zdjął go z oficjalnego spisu świętych, czyli, innymi słowy, wyrzekł się go i kwita. Otóż, po pierwsze, wcale się nie wyrzekł: w brewiarzu, którym cały Lud Boży codziennie modlić się powinien, dalej przy 6 grudnia stoi jak byk: św. Mikołaja, biskupa. Tyle że jest to wspomnienie dowolne, nie zaś obowiązkowe. Po drugie, jeśli nawet Mikołaj nie istniał, to z punktu widzenia praw do jego osoby rzecz przedstawia się o wiele korzystniej! Chopin na przykład istniał na pewno. No i co? Skończył marnie na butelkach z wódką, a żadnemu gorzelnikowi ani się śni rzucić jakiś grosz rodzinie czy choćby Towarzystwu Chopinowskiemu. Z istniejącymi, widać, tak wolno. Co innego gdyby to był Batman albo inny Superman. Wtedy w grę wchodzą prawa autorskie, znaki zastrzeżone, licencje etc. etc. i nie ma gadania - trzeba płacić! Teraz dopiero rozumiemy, jak roztropnie i nieomylnie postąpił Jego Świątobliwość papież Paweł VI uznając, że brakuje wystarczających dowodów na istnienie biskupa Mikołaja. Skoro bowiem świętego nigdy nie było, to znaczy, że Kościół musiał go wymyślić! Dokładnie tak samo jak wymyśla się Indianę Jonesa albo krój spodni. Tam zaś gdzie jest autor, są i prawa autorskie, znaki zastrzeżone etc. etc. Czyni to perspektywę sprzedawania licencji na Świętego Mikołaja® nader realną. W ten sposób biskup Mikołaj odzyskałby swą dawną godność, a także mitrę i pastorał, natomiast Kościołowi wpadałoby co roku nieco żywej gotówki na prowadzenie dzieł religijnych i godne obchodzenie urodzin Syna Bożego. Zapewne przy takiej okazji nie zapomniano by również w kurii rzymskiej o tradycyjnych podopiecznych Świętego. O ile jednak nietrudno dziś o małych chłopców, złodziei czy choćby kancelistów parafialnych, lękam się, że koszty poszukiwania "dziewic pragnących wyjść za mąż" mogłyby znacznie przewyższyć wszelkie spodziewane zyski.
Ponieważ współczesny święty Mikołaj
rzeczywiście wygląda niczym patron nieumiarkowanej konsumpcji,
to znaczy - jak mawiają prości Rosjanie - morda u
niewo kruglien'kaja, nieuchronnie nasuwa się podejrzenie,
że stoją za tym ciemne siły materializmu, liberalizmu
i innych dzisiejszych diabłów. Krótko mówiąc:
jakiś niegodziwy globalistyczny międzynarodowy koncern.
Padło na Coca-Colę.
Nie bez powodu. Święty standardowo paraduje dziś
w czerwonym kubraczku obszytym białym futerkiem i ogólnie
jest czerwono-biały (czapeczka czerwona, pomponik biały,
rumieńce, broda bielutka etc.), a przecież
czerwień i biel to właśnie słynne firmowe
kolory Coca-Coli! Czyżby przypadek?
Atoli ludzie doświadczeni wiedzą, że nie istnieją
żadne przypadki, a tylko znaki: w tym wypadku, naturalnie,
zastrzeżone znaki towarowe. Dawno, dawno temu Coca-Cola miała
bowiem jeden poważny problem: jak zwiększyć sprzedaż
napojów bądź co bądź chłodzących
w okresie zimowym, a więc pełnym ciepłego mleka,
grzanych piw i rozgrzewających wódeczek. Utrzymany
w cocacolowej tonacji święty Mikołaj, symbol świątecznego
rozpasania, właśnie do tego niskiego celu był,
powiadają, chciwym cocapitalistom potrzebny.
Legenda głosi, że pierwszego takiego Mikołaja wymalował
na potrzeby przedgwiazdkowej kampanii Coca-Coli Haddon Sundblom,
ilustrator z Chicago, i stało się to w roku 1931. Potem
zaś malował go jeszcze przez z górą trzydzieści
lat i odtąd jowialny i brzuchaty święty regularnie
pija coca colę oraz wzbogaca firmę, o której
Warren Buffett zawsze mawia, że przy długoterminowych
inwestycjach należy do pewniaków.
Napisałem "legenda głosi", choć Haddon
Sundblom istniał naprawdę i naprawdę malował
swoich czerwono-białych Santa Clausów (późniejszym
nadawał nawet własne rysy!). Niemniej jest sporo przesady
w pojawiającym się czasem twierdzeniu - któremu
sama zainteresowana firma bynajmniej nie przeczy - że najbardziej
rozpowszechniony wizerunek świętego Mikołaja zafundowała
nam akurat Coca-Cola Company. Przeobrażenie się biskupa
w grubaska-przebierańca mieszkającego gdzieś
na Biegunie Północnym to w istocie raczej dzieło
zbiorowe i rozłożone na pokolenia - a więc wynikające
ze zmian w powszechnej świadomości - niż jednorazowe
marketingowe fiat wszechmocnej korporacji.
Amerykańska przygoda świętego od prezentów
zaczęła się, gdy Washington Irving w roku 1809
wspomniał o jego wywodzącym się z Holandii pierwowzorze,
Sinterklaasie, w swej "Historii Nowego Jorku" (będącego
wszak kiedyś Nowym Amsterdamem). Opisał go tam jako
pulchnego małego człowieczka ubranego w holenderski
strój: kapelusz z szerokim rondem i bryczesy, który
przybywa konno w wigilię dnia św. Mikołaja. Już
w 1822 roku Klemens C. Moore, poeta (ale również profesor
teologii!), dokonał udanej lokalizacji i napisał szalenie
potem popularny wiersz dla dzieci o wizycie św. Mikołaja
(ostatnio znawcy są jednak zdania, że prawdziwym autorem
tego bestsellera był major Henryk Livingstone). Jego Mikołaj,
wesoły stary elf (!) ["a right jolly old elf"],
zjawia się z podarkami dopiero w wigilię Bożego
Narodzenia, frunąc w maleńkich sankach ciągnionych
przez osiem reniferów, a do domu dostaje się przez
komin. Poza tym pali fajkę (!), ma strój cały
z futra, brodę "białą jak śnieg"
i okrągły brzuszek, który od śmiechu trzęsie
mu się jak galareta (rym belly/jelly).
Następny krok uczynił rysownik Tomasz Nast, znany m.in.
jako autor zwierzęcych symboli demokratów i republikanów:
dał Mikołajowi czerwony, lamowany futrem strój
oraz szeroki skórzany pas. Nastowi przypisuje się
również pomysł umieszczenia kwatery Świętego
właśnie na Biegunie Północnym, co w naiwnych
dziecięcych główkach utrwalił dodatkowo
wiersz Jerzego P. Webstera. Natomiast pod koniec XIX wieku Mikołaj
już na dobre urósł do ludzkich rozmiarów,
odkąd Armia Zbawienia zaczęła w okresie przedświątecznym
posyłać masowo przebierańców z dzwonkami,
którzy w ten sposób zbierali pieniądze na rozmaite
szlachetne cele.
Jak zatem widać, od samego początku było to multikulturowe
poplątanie z pomieszaniem, nie mające nic wspólnego
ze średniowiecznym świętym - tak że Coca-Cola
przyszła właściwie na gotowe. Wystarczyło
tylko trochę ten bałagan uporządkować, ujednolicić
kolorystykę i - nade wszystko - zachować nastrój
bezpretensjonalnej głupoty, skoro już wcześniej
sama opowieść o świętości przemieniła
się niepostrzeżenie w prozaiczną bajkę o
worku pełnym zabawek, za które w ostatecznym rachunku
i tak zawsze płaci tatuś.
Maks Weber nazywał to uczenie "odczarowywaniem świata".
© Lech Stępniewski grudzień 2002
|