|
LECH STĘPNIEWSKI
Najprzód wziął ostro w obroty Pocztę Polską i regularnie zaczął słać co miesiąc kilkadziesiąt listów, w tym wiele do krain obcych, a nawet całkiem zamorskich. Ponieważ jednak na prośby wystukiwane na maszynie mało kto odpowiadał, zainwestował w komputer i wtedy "ruszyło". Trwał ów zbożny trud lat siedem i tak oto, po wysłaniu raptem 3000 listów, powstała zajmująca książeczka pt. "101 potraw znanych osobistości z Polski i ze świata". Potem jeszcze dwa lata zeszło na szukaniu wydawcy, aż wreszcie dziełko ujrzało światło dzienne w nakładzie 1000 egzemplarzy, z których "udało się rozprowadzić do księgarń prawie dwie trzecie". Całą tę budującą historię opowiedziała ze szczegółami "Gazeta Wyborcza" w swoim "Magazynie" z 27 stycznia 2000 r. i w jej opowieści dyrektor Krzysztof Z. wygląda właściwie niczym kolejny bohater pozytywny, któremu się udało. Ot, Jurek Owsiak albo Jacek Kuroń (nb. przysłał przepis na ruskie pierogi) w miniaturze. "Gazecie Wyborczej" oczywiście uchodzi, zważywszy jej niepohamowaną szlachetność, przebywanie w tej nadobłocznej sferze, gdzie jeno - jak odmalował wieszcz - kraśne wianki, motylki i baranki. My jednak, ludzie nieczuli, co zamiast serca mamy kalkulator, kalkulujemy tak: ileś tam godzin na znalezienie 3000 adresów, ileś godzin na napisanie 3000 próśb, na zaadresowanie 3000 kopert. Do tego znaczki na 3000 listów wysłanych w Polskę i w świat... A teraz powiem rzecz najśmieszniejszą - całe honorarium Krzysztofa Z. za jego książkę wyniosło, dzieciom na uciechę, 600 złotych!!! I taki to polski happy-end. Dobroczyńca umordowany, "Gazeta" zadowolona, a trzy tysiące złotych (najmarniej) - jak w toaletę wrzucił... © Lech Stępniewski luty 2000
|