|
LECH STĘPNIEWSKI
W tym nurcie "herbertologii brukowej" mieści się niestety również najnowsza książka Joanny Siedleckiej "Pan od poezji". Stwierdzam to ze smutkiem, ponieważ Siedlecka wykonała zarazem kawał ogromnej roboty: dotarła do kilkudziesięciu osób, które znały poetę (i w paru wypadkach zdążyła właściwie w ostatniej chwili!), przekopała stosy najrozmaitszych papierów: kartek do przyjaciół, pism urzędowych, odnalazła unikalne fotografie etc. etc. W dodatku autorka to nie gąska z ogródeczka "Gazety Wyborczej", gotująca to tylko, co Adaś lubi. Pojawia się w jej książce m.in. Marek Nowakowski, który o ostatnich latach Herberta mówi wprost: "Nie próbowano nawet z nim dyskutować, spierać się, chciano wyłącznie zemsty - zniszczenia, zdyskredytowania, zdezawuowania przeciwnika przez przypisywanie mu skłonności dyskwalifikujących jego umysłową sprawność". Brakuje natomiast tak gadatliwej dotąd wdowy, Katarzyny Herbert, a to "na skutek jej odmowy". Czego się zatem czepiasz, Pismo Prawicowe? Dobrze o antykomunizmie Z.H. jest? Jest. Źle o Michniku jest? Jest. Więc o co chodzi, skoro książka słuszna? Ba, ale dla prawicy, tak jak ja ją pojmuję, sama "słuszność" to za mało. Chodzi jeszcze o pewien niemodny drobiazg. O prawdę.
Herbert od latrynSiedlecka nazywa swoją książkę "patchworkiem", czyli zszywką z cudzych wypowiedzi i cytatów z cudzej pisaniny. Sama daje tylko nici: tytuły, podtytuły, trochę akapitów-wypełniaczy, więc niby ma prawo wiernie przytaczać czyjeś konfabulacje, nie weryfikować tego, co podsuwa zawodna pamięć starych ludzi etc. Niemniej podtytuł "Pana od poezji" nie brzmi "Zbigniew Herbert we wspomnieniach", lecz po prostu: "O Zbigniewie Herbercie". Poza tym to oczywiście tylko taka kokieteria, że autorka skromnie zredukowała się do reporterskiego magnetofonu, bo jednak coś tam porównuje, sprawdza, pyta "wiedzących"; bo i ona chce wiedzieć "jak było naprawdę", a nie tylko "co się w duszy komu gra, co kto w swoich widzi snach". Ale - powtórzę - czas szybko dziś płynie, więc i książki pisze się szybko. Jest u Siedleckiej całkiem sporo przypisów, ale zabrakło przypisów prostujących te naturalne meandry ludzkiej pamięci. Książki dziś również szybko się wydaje, a to znaczy: bez redakcji i korekty, choć z metryczki wynika, że komuś za te zatrudnienia u Prószyńskiego płacą. No proszę, a powiadają, że nie ma u nas ludzkich kapitalistów... Pierwsza wpadka pojawia się już w drugim zdaniu: "Nie znosił zwłaszcza rozmów o korzeniach, dzieciństwie, kpił, że każdy ma przecież jakiegoś tatusia i jakąś mamusię, skądś pochodzi. Że w «Dobrym wojaku Szwejku» jest generał Herbert, który sprawdza ciągle czystość latryn; może to też jego krewny?" W rzeczywistości ów uroczy generał (nb. Polak!), wierzący, że "zwycięstwo Austrii spoczywa w latrynie", do końca "Przygód dobrego wojaka Szwejka" pozostaje bezimienny. W pierwszym rozdziale trzeciego tomu wspomniany jest natomiast dowódca brygady Ritter von Herbert, który oszalał i wysyłał do wszystkich swoich oddziałów depesze w rodzaju: "Szybko skończyć gotowanie i marsz na Sokal". I tak to dalej niechlujnie idzie. Na stronie 29 są "Przygody Marka Sawyera". Z uwagi na stronie 138 daje się wysnuć wniosek, że Tatarkiewicz swoją "Historię filozofii" w całości napisał dopiero po II wojnie. Na stronie 199 francuski poeta Saint-John Perse (Nobel w 1960 roku) został zaliczony do "poezji anglojęzycznej", ale za to w tym samym zdaniu Rilke jest "francuskim symbolistą", więc w sumie Francuzi wychodzą na swoje. Na stronie 330 dowiadujemy się, że Stanisław Ossowski podpisał w 1974 roku list w sprawie zwolnienia przywódców "Ruchu", choć już wtedy od ponad 10 lat nie żył. Emblematycznym zaś przykładem tego metodycznego niechlujstwa może być kilkuzdaniowa kartka wysłana przez Herberta do internowanego Janusza Szpotańskiego zreprodukowana na stronie 271, a na stronie 274 przepisana z siedmioma (sic!) błędami. Pominę już zawrotną ilość literówek, byście nie umarli z nudów. Niektóre jednak potrafią być okrutnie mylące - np. z datowania listu do przyjaciela na stronie 303, ktoś młodszy wiekiem mógłby wywnioskować, że Herbert bawił w Paryżu w 1954 roku! Do tego dochodzi jeszcze osobliwy styl p. Siedleckiej, która często lubi pisać bez orzeczenia: "Logofagami wiele znanych później nazwisk..." (s. 131). Pół biedy, gdy i tak wiadomo, o co chodzi, ale czasem z jakiegoś kulawego zdania wynika np., że Herbert pracował na KUL-u (s. 372). Powiecie: drobiazgi nie warte wzmianki, ale rzecz w tym, że ta książka w lwiej części składa się właśnie z takich drobiazgów: że ktoś gdzieś tego a tego dnia był, że to a to powiedział etc. Nadto nonszalancja w stosunku do drobiazgów, mylenie tytułów, dat (a ja tylko dorzuciłem garstkę przykładów do wielu omyłek wytropionych przez innych!) prowadzi prostą drogą do grubszych przeinaczeń: pomyłek w topografii przedwojennego Lwowa, czy nawet błędów genealogicznych.
Co wyszperał kornik?Wszystko to skłania, by do rewelacji ogłoszonych przez p. Siedlecką podchodzić z dużą rezerwą: bo a nuż gdzieś tam znów czegoś nie doczytała, nie dosłyszała, źle spisała z magnetofonu. A są to rewelacje nieliche i obrazoburcze. Wyłania się z nich wizerunek Herberta, najdelikatniej mówiąc, mitomana, a mówiąc wprost: goniącego za efektem kłamczucha. Nawet o śmierci młodszego brata wspominał po latach z teatralnym patosem: "Mały umarł mi na rękach". Gorzej, że podobnie zmyślał swoje wojenne przewagi, podchorążówkę AK, działalność w Kedywie, rosyjskie więzienie, jakąś tajemniczą "akcję", po której pozostała mu kontuzja - uraz nogi. "W czasie okupacji miałem taką sytuację, byłem odpowiedzialny za paru ludzi i siwe włosy mam od tego czasu". "Przypuszczam, że moje dowództwo we Lwowie przygotowywało mnie do zadań dywersyjnych: uczyłem się obsługi radiowego nadajnika". Jeszcze u schyłku życia, w artykule "Wiktor Woroszylski na tle epoki" ("Rzeczpospolita", 28 września 1996), pisał: "Zjawiłem się przed komisją zaopatrzony w oficjalny dokument stwierdzający, że jestem inwalidą wojennym, co odpowiadało prawdzie". Tymczasem Siedlecka nie znalazła nikogo, kto mógłby potwierdzić jakąkolwiek konspiracyjną działalność poety. Nic o niej nie wiedzą także historycy. "Przykro nam, ale w naszych archiwach nie natrafiono na ślad informacji potwierdzającej przynależność Zbigniewa Herberta do AK" - odpisano jej z londyńskiego Studium Polski Podziemnej. Ale to może właśnie skutek szczególnie dobrej konspiracji? Może nie walczył we Lwowie, ale dopiero w 1944 roku w Krakowie, gdzie przeniósł się wraz z rodzicami. Wprawdzie pisał stamtąd do przyjaciela "Uwaga historyczno-obyczajowa. Krakowianki mają kosztowną, jedwabną bieliznę, zwykle koloru łososiowego", ale to może również dla lepszego kamuflażu. Poza tym: czy podczas walki o ojczyznę obowiązuje celibat? Jeśli jednak nie walczył, to nie był też oczywiście żadnym "inwalidą wojennym". Nogę złamał w czasie wojny, ale banalnie - na nartach, potem źle mu ją złożono, łamano raz jeszcze, operowano, i w rezultacie do końca życia trochę kulał. Cień szansy na inne rozwiązanie zagadki kryje jedynie wiersz "O dwu nogach Pana Cogito", gdzie jest mowa o dwóch bliznach na prawej nodze: jednej "wzdłuż ścięgna Achillesa" (to byłaby pamiątka po złamaniu i operacji) i drugiej - "owalnej, bladoróżowej" (czyli mocno przypominającej bliznę po kuli), "sromotnej pamiątce ucieczki". Siedlecka tego tropu nie podejmuje, ja zaś co z tym począć - nie wiem, bo to tylko wiersz, a doszukiwanie się w wierszach faktów uchodzi dziś za kompromitującą naiwność.
Herbert doprowadza do płaczu MurzynówNa dobitkę Z.H. miał, okazuje się, duszę szeroką jak Wołga, grzeszył i na lewo, i na prawo, toteż "Pana od poezji" może czytać z wypiekami na twarzy zwolennik dowolnej opcji politycznej. Konserwatystów zgorszą na przykład jego poglądy na małżeństwo: że prawdziwy mężczyzna zawsze musi jakieś rozbić, postępowców zaś - jego opinia o kobietach: że powinny znać swoje miejsce i nie warto traktować ich zbyt poważnie. Nb. H. przez całe życie nienajlepiej z kobietami postępował. Cieszył się wprawdzie u nich powodzeniem (i może to go tak rozbrykało?), ale często je też dręczył, zwodził, no - zwyczajnie oszukiwał. Swoją pierwszą wielką miłość, o prawie dziesięć lat od niego starszą, w końcu odbił cichemu, pobożnemu człowiekowi, z którym miała dwie całkiem spore córeczki. Potem kochał ją już jakby nieco mniej, wyjechał, a po kilku latach "ni z tego, ni z owego, oświadczył, że nie wie, jak mi to powiedzieć, ale zakochał się w innej". Są też w książce Siedleckiej jakieś niejasne wzmianki o "naszym dziecku", na które nie mogli sobie pozwolić, więc które się też i nie urodziło. Finis. Jeszcze o kobietach: Zofię Hertz, administracyjny fundament paryskiej "Kultury", znielubił, bo, jego zdaniem, za mało mu zapłaciła za wiersze, "a któregoś dnia, gdy się upił, po prostu ją kopnął". Natomiast nie przeszkadzały mu kobiety, którym to on płacił za lubienie. "Nie miał już jednak pieniędzy (...). Mimo to zdecydował się z nią jechać; mam na książeczce PKO, powiedział, (...) skoczę rano i wyjmę. (...) Na drugi dzień (...) wyglądał na zadowolonego". Nie był również taki księżycowo niezłomny, jakby chcieli dziś różni bogoojczyźniani brązownicy. O wierszach i recenzyjkach drukowanych w paxowskim "Dziś i Jutro" we wczesnych latach pięćdziesiątych wiadomo było wprawdzie od dawna, ale teraz wyszło jeszcze na jaw, że jako kierownik biura gdańskiego oddziału ZLP wygłaszał - nb. dla uczczenia "Miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej" - odczyty o estetyce marksistowskiej i korespondował z lokalnym urzędem cenzury nawołując go do działania "w duchu pomocy i współpracy". Przeciwników politycznej poprawności może ucieszy za to, że czuł awersję do pederastów ("Nieustająco się od nich opędzał i miał szczerze dość") i jako wykładowca w Stanach nie pobłażał Murzynom. Któryś z nich po kolejnym niedostatecznym nawet się rozbeczał: "- Doc - łkał Short - pan mi dał wiarę w człowieka, jako jeden jedyny odważył się mnie oblać!" Z drugiej strony: ten pryncypialny antykomunista, który nie chciał nic brać od "czerwonego", w czasie pobytu w Paryżu bez skrupułów przyjął "socjalne mieszkanie od Chiraca" i tym tylko się przejął, że "puste, z gołymi ścianami".
...ale Mickiewicz wkurza nawet papieżaNaturalnie to jeszcze grubo nie wszystko, na co było stać Z.H., zgorszonym przypomnę jednak, że i z Mickiewiczem mamy do dziś podobną kabałę. Pisał o Ordonach, ale do powstania jakoś nie dojechał (romansując po drodze z mężatką). Zmyślał, tworzył mity o swym pochodzeniu (stąd późniejsza bajka o jego żydostwie), skromny nie był, kłótliwy - owszem. W Rosji też nie taki znów niezłomny: "łudził despotę" (i apiat' romansował). Poglądy miał dla ówczesnego establishmentu niewygodne, bo i heretyckie (nawet na indeks trafił), i skręcające w lewo... Żonę dręczył, pocieszał się kochankami (z których przynajmniej jednej zrobił dziecko). Ba, już w trzy tygodnie po ślubie filuternie pisał do Odyńca: "jeszcze moi znajomi niezupełnie przywykli do mojego nowego meblu", a Klementyna Hoffmanowa zauważyła od razu, że "on na nią woła jak na sługę". Za tak nikczemny stosunek do niewiast Kinga Dunin powinna chyba osobiście przegryźć wieszczowi aortę. Co zaś do zdrowia psychicznego... ech... lepiej wcale nie mówić. Objawienia jakieś miewał, zawroty głowy, gwiazdeczki widywał... Najzwięźlej ujął to Jego Świątobliwość Pius IX, który po audiencji, podczas której M. zachowywał się ze swoją zwykłą swobodą (i wnet został z niej wyrzucony), rzekł do skonsternowanych Polaków: "Wasz poeta to wariat".
Koda. Kłopot z wielkościąGdy przeszło siedemdziesiąt lat temu Boy toczył boje o "żywego Mickiewicza", tj. właśnie takiego, który zmyśla, kocha i pokrzykuje na papieża, Henryk Elzenberg, późniejszy mistrz Zbigniewa Herberta, zadał pytanie, czemu w istocie służą owe "targi i kłótnie o jeden mniej albo więcej grzeszek człowieka, co do którego fizjonomii moralnej istotnej różnicy zdań nie ma" ("Wielkość i my"). Powiada się często, by usprawiedliwić swe plotkarskie apetyty, że oczywiście służą lepszemu zrozumieniu twórczości, umożliwiają rozmaite w nią "wglądy", "wczucia się" itp. sztuczki. "Pan od poezji" rozwiewa tę iluzję. Bo i cóż z tego, że Siedlecka zna już biografię Herberta lepiej, niż on mógłby sobie przypomnieć na spowiedzi, skoro ta wiedza nie uchroniła jej ostatecznie przed lekkomyślnym przypisaniem mu paru pęczków wierszy pewnego anonimowego grafomana. Mylne jest również przeświadczenie, że poeta tworzy "całym sobą", więc trzeba go dokładnie zrewidować, policzyć prezerwatywy i brudne chusteczki do nosa, tudzież zastosować inne metody współczesnego duszoznawstwa. Herbert bywał surowy w sądach o bliźnich, czasem może i niesprawiedliwy, ale pod koniec głośnej niegdyś rozmowy z Jackiem Trznadlem z "Hańby domowej", gdy już poużywał sobie do syta, wyraźnie zaznaczył: "To, co zostało powiedziane, mówiła gorsza część mojej istoty, którą wyrzucam za drzwi, kiedy próbuję pisać". To też znamię wielkości. A wielkość - wiedział o tym Elzenberg - bywa kłopotliwa. Wzywa nas na wyżyny, podsuwa pod oczy obowiązki, nakazuje. Cóż tedy z nią począć? "Na szczęście wielki człowiek nie jest przecież cały wielkością, nie jest «z bronzu». (...) W tym sprawa; trzeba w wielkim człowieku znaleźć coś, co można by oglądać, a co dalszych pretensji rościć nie będzie. Z chwilą, gdy się to uda, wszystko jest dobrze; wystarcza nie patrzeć na wielkość, ale na to, co ją otacza, i nakaz nie dochodzi do głosu; może tam gdzieś trwa w świecie idei, ale dla nas znikł; my mamy spokój"."Bądź wierny Idź" - będą deklamować na akademiach, póki nie spadnie gilotyna kurtyny, a publiczność w uroczystym skupieniu zacznie z godnością kroczyć w stronę szatni. Joanna Siedlecka, "Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie", Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2002.
GRZEGORZ EBERHARDT Można pisać nieuczciwe recenzje, ale czy akurat "Najwyższy CZAS!" ma je drukować?
Tekst Lecha Stępniewskiego "Żywoty wieszczów"
("Najwyższy CZAS!" z 31.08. br.) jest tekstem napisanym dla jednego
celu: zdezawuować Herberta. Oczywiście nie tak wprost,
np. przy czyjejś pomocy. Np. książki "Pan
od poezji" Joanny Siedleckiej.
Więc wedle autora recenzji praca pani Siedleckiej jest nie
dobra. Oczywiście, krytykowi czyjaś książka
może się nie podobać, twierdzenie takie powinien
jednak uzasadnić... A konkretne zarzuty stawiane przez L.
Stępniewskiego książce to: a) brak przypisów,
korekty, b) szwejkowski generał Herbert nie był specem
od latryn a od żarcia, c) przechrzczenie Tomka na Marka Sawyera,
d) możność wysnucia błędnego wniosku
co do momentu powstania "Historii filozofii" Tatarkiewicza, e) zaliczenie
jakiegoś poety do nieprawidłowej strefy językowej,
f) przedłużenie życia prof. Ossowskiemu, g) błędy
w przepisanym tekście listu, g) literówki, w tym jedna
ważna, bo w datach... I tyle!
Wymieniam je tak dokładnie, ponieważ tylko taka litania
uzmysławia osobom nie znającym tekst p. L.S. ich miałkość.
Miałkość wobec samego tematu czy wobec rozmiarów
książki (grubaśny to tom). Ale litania ta uzmysławia
także coś ważniejszego: trzeba baaardzo chcieć
by takie "byki" wyławiać, zanotować
i używać ich niby poważne argumenty. Reasumując:
uważam, iż pan Stępniewski chciał przyłożyć
książce. Mówiąc wprost - i tylko po to ją
czytał! Jak dotąd wytwory takiej szkoły (?) recenzenckiej
znajdowałem i owszem, ale nie w naszej, prawicowej prasie!
P. Stępniewski za złe ma Siedleckiej, iż pokazała
Poetę jako lubiącego "dać w szyję",
także - sprawcę rozbicia związku małżeńskiego,
trochę mitomana (nieszczęsny wątek AK-owski...),
klienta prostytutki (bo tylko raz to się ponoć zdarzyło,
więc liczba mnoga używana przez recenzenta jest tu
przesadą). Stępniewski nie uważa jakoby to nie
była prawda. On uważa, iż o tym nie powinno się
pisać! A zarzucając to zapewnia demagogicznie, iż
stawiając owe zarzuty bije się o... prawdę!
Czegoś więc nie rozumiem: Poeta pił, używał
kobiet, bywał "be", ale pisać o tym nie można,
bo chodzi o prawdę! Psiakrew, przecież to, że
pijał, lubił niewiasty, bywał czasami "be"
jest prawdą!!! Kierując się logika pana
Stępniewskiego - prawda byłaby wtedy, gdyby pani Siedlecka
pominęła tę część Herberta.
A lapidarniej mówiąc - relacja o Herbercie byłaby
prawdziwa, gdyby została ocenzurowana o powyższe elementy!...
Kończąc tak podniecający pana Stępniewskiego
wątek dodam od siebie, iż owe picie, kobiety i różne
czyny "be" - np. w moim przypadku - opisane przez Siedlecką,
w niczym nie odmieniły in minus widzenia Poety. Powiem
więcej: gdybym mając lat naście, w swej młodości
znał anegdoty związane z życiem Adama Mickiewicza
(choćby te, które p. Stępniewski przytacza
w tym samym tekście), poety przedstawianego mi jedynie za
pomnik, głaz, niewątpliwie szybciej i zręczniej
dotarłaby do mnie wielkość jego poezji. Bo, niestety,
wiele upłynęło wody w Wiśle, zanim przedarłem
się do Poety poprzez sterty marmuru, granitu, koturnów...
Autor tekstu pisze wprost "Nie był również
taki księżycowo niezłomny, jakby chcieli dziś
różni bogoojczyźniani brązownicy"...
Dwa lata temu dziennikarki "Gazety Wyborczej", p. Szczęsna
i p. Bikont przeprowadziły wywiad z Herlingiem-Grudzińskim.
W wywiadzie tym, manipulując cytatami z korespondencji Herberta,
sprowokowały Pisarza do bardzo ostrej oceny moralnej Poety.
Herling wypowiedź swą odwołał po kilkunastu
dniach, a dziennikarki nazwał, dosłownie, policjantkami
Michnika. Wspominam o tamtym wydarzeniu, ponieważ i wtedy
panu Adamowi Michnikowi, jego służebnicom, jak i dziś
panu Stępniewskiemu chodziło o jedno. O udowadnianie,
iż "my wszyscy ze świń" i tak samo,
po świńsku za komuny się utaplaliśmy. Z
tezą taką nie zgodził wspomniany Herling, odważył
się twierdzić, iż jednak nie wszyscy byli ubrudzeni
i do takich na pewno należał Herbert.
Stepniewski w swym tekście dorzuca także wygłaszanie
przez Herberta jakichś wykładów marksistowskich,
jego udziały w imprezach czczących przyjaźń
polsko-radziecką (może istnieją dwie mutacje książki
Siedleckiej, bo ja tego np. nie pamiętam...). O celu, dla
jakiego pisany jest cały tekst, najcelniej mówi zdanie:
- "ten pryncypialny antykomunista, który nie chciał
nic brać od «czerwonego», w czasie pobytu w Paryżu
bez skrupułów przyjął «socjalne mieszkanie
od Chiraca»".
No, właśnie, toczka w toczkę mówiły
panie od Adama Michnika Herlingowi; niby taki antykomunista a
...!!!
Autor "Najwyższego CZASU!" jeszcze wspomina o wierszach
i "recenzyjkach" drukowanych przez Herberta w
"Dziś i Jutro". Owe "recenzyjki", jak
lekceważąco je nazywa Stępniewski, w całości
i wszystkie zostały wydrukowane w tomie "Węzeł
gordyjski", tomie, którego okładką, zapewne
przez pomyłkę, okraszono recenzję z książki
Siedleckiej. I np. niżej podpisany przeczytał je od
tzw. deski do deski i na pewno nie nazwałby "recenzyjkami".
Tak samo jak - ciągle mowa o niżej podpisanym - sięgnął
po "Almanach poetycki" wydany przez PAX w roku 1954 i zapoznał
się z wierszami, m.in. Herberta, tam pomieszczonymi. Dzięki
temu może teraz - niżej podpisany - zapewnić,
iż wiersze tam znalezione nie przynoszą ujmy Poecie
w najmniejszym calu. Zresztą - większość
z nich znalazła się później w tomikach
Herberta.
Stepniewski świadomie myli czasy, miejsca i okoliczności.
Stępniewski musi coś udowadniać. Tylko
szkoda, że otrzymuje zapłatę za tego typu robotę
od pisma wydawanego przez prezesa UPR, tej samej UPR, która
powołała do życia Nagrodę im. Józefa
Mackiewicza. Twórcy, człowieka, dla którego
najważniejsza jest prawda.
Grzegorz Eberhardt
LECH STĘPNIEWSKI
SKRÓCONA WERSJA DLA CZYTAJĄCYCH INACZEJ
Książka Siedleckiej jest plotkarska, a przy tym niechlujnie
napisana. Uznanie Rilkego za "francuskiego symbolistę"
to kompromitacja, a lapsusy w rodzaju "Przygody Marka Sawyera"
świadczą, że gotowego tekstu nie przeczytała
ani autorka, ani redaktor, ani korekta. Stępniewski wyraźnie
zaznaczył, że tylko dorzucił "garstkę
przykładów do wielu omyłek wytropionych przez
innych" - ponieważ Siedlecka myli też tytuły
wierszy, topografię przedwojennego Lwowa, sprawy genealogiczne
etc. Czy zdaniem p. Eberhardta pomylenie stopnia pokrewieństwa
między Zbigniewem a niejakim Ludwikiem Herbertem, kolaborantem
zabitym przez AK, to też drobiazg? Krótko: gdyby Siedlecka
napisała powieść o poecie, Stępniewski by
się nie czepiał, ale w książce faktograficznej
fakty muszą się zgadzać.
Stępniewski nie ma za złe Siedleckiej, że - ujmując
rzecz w biesiadnej stylistyce p. Eberhardta - "pokazała
Poetę jako lubiącego «dać w szyję»".
Stępniewski w ogóle o tym nie wspominał. Co
do bab zaś, to Stępniewski nigdzie nawet nie sugerował,
"iż o tym nie powinno się pisać".
Niemniej proporcje są ważne, bo Stępniewskiemu
jakoś trudno uwierzyć, że Herbert stał się
Herbertem akurat dzięki temu, co robił z babami. Pisze
p. Eberhardt - tym razem w stylistyce sarmackiego macho
- "Psiakrew, przecież to, że pijał, lubił
niewiasty, bywał czasami "be" jest prawdą!!!".
W rzeczy samej, ale prawdą jest też, że robił
sisi i kaku, a pewnie jeszcze przy tym dłubał w nosie;
czy jednak to właśnie jest prawda o Herbercie? Krótko:
p. Eberhardt lubi poczytać o poetach, jak piją, chędożą
i są "be", Stępniewskiego zaś bardziej
interesuje, skąd się brały ich wiersze, i to te
"cacy".
Tu p. Eberhardt się zakałapućkał. Najpierw
dowodził, że Stępniewski demagogicznie broni Herberta
przed Siedlecką, aż nagle uznał, że ów
TW Adama Michnika w gruncie rzeczy pragnie Herbertowi dowalić;
choć Stępniewski dalej jedynie cytował niechlujnego
"Pana od poezji". Owszem, S. dodał sam od siebie, że
Herbert nie był - jak to się niektórym roiło
- "księżycowo niezłomny", ale
"księżycowa niezłomność"
to właśnie niezłomność nie z tej ziemi
i od Ziemian wymagać jej nie należy. O wygłaszaniu
przez Herberta "jakichś wykładów marksistowskich"
można przeczytać w książce Siedleckiej na
stronie 177: "14.11. Zbigniew Herbert - «Dyskusja
o estetyce» (O estetyce marksistowskiej dyskutują artyści
Wybrzeża) - w ramach odczytów w Miesiącu Przyjaźni
Polsko-Radzieckiej)". Ale oczywiście nie ma gwarancji,
że Siedlecka przepisała to bez błędów.
Natomiast zgrabne pismo do Urzędu Kontroli Prasy podpisane
przez kierownika biura Zbigniewa Herberta reprodukowane jest na
stronie sąsiedniej. Czy antykomunista powinien brać
mieszkanie socjalne, to temat na osobną dyskusję. Stępniewski
ograniczy się na razie do odpowiedzenia p. E. jego własnymi
słowami: "Psiakrew, przecież to (...) jest prawdą!!!".
Co do "recenzyjek" zaś, to owo zdrobnienie
nie pojawiło się bynajmniej, by umniejszyć ich
literackie zalety, ale by umniejszyć rozmiary współpracy
Herberta z paxowskim pisemkiem (tu zdrobnienie wskazuje na rangę).
Inaczej bowiem współpracuje ten, kto daje recenzyjkę
na ostatnią stronę, inaczej zaś ten, kto skrobie
wielki wstępniak na pierwszą.
[Stępniewski nie pokochał Zbigniewa Herberta dopiero wtedy, gdy Adam Michnik uznał Go za autorytet moralny, ani też się na rozkaz "Gazety Wyborczej" później nie odkochał]
Ręce opadająStępniewski porównał Herberta do Mickiewicza, cytował Elzenberga o "odbrązawianiu", grymasił, że wielkość Herberta zaczyna być rozmieniana na ploteczki, po to m.in. byśmy właśnie nie ją mieli przed oczami, lecz różne drugo- i trzeciorzędne błahostki - a mimo to p. Eberhardt czuje się niedopieszczony w swej miłości do poety. Nb. najważniejszą rewelację wyciągniętą przez Siedlecką, sprawę mitu Z.H. o jego udziale w konspiracji, skwitował trzema słowami: "nieszczęsny wątek AK-owski". Naturalnie wolno p. Eberhardtowi wielkodusznie wybaczać bliźnim ich kłamstwa, ale to nie uprawnia jego samego do posługiwania się oszczerstwem. Dlatego na koniec, Panie Eberhardt, po męsku i po staropolsku: daj Pan choć jeden przykład, gdzie konkretnie "Stępniewski świadomie myli miejsca, czasy i okoliczności", albo wejdź Pan pod stół i odszczekaj to łgarstwo!
Lech Stępniewski Od Eberhardta: Po męsku i staropolsku - korzystając z pomyłki Redakcji - od razu reaguję na żądanie p. Stępniewskiego okazania konkretu w sprawie świadomego mylenia przez niego miejsca, czasu i okoliczności. By dyskusji nie przedłużać w nieskończoność - dam tylko jeden przykład. Oto p. L.S. pisze: "ten pryncypialny antykomunista, który nie chciał nic brać od «czerwonego», w czasie pobytu w Paryżu bez skrupułów przyjął «socjalne mieszkanie od Chiraca»"... Czas, w którym Poeta przyjął "socjalne mieszkanie" to czas stanu wojennego w Polsce. Takie same mieszkanie "socjalne" otrzymał np. Mirosław Chojecki czy Kazimierz Brandys. A także wielu innych polskich, przymusowych emigrantów. Miejsce to, właśnie, Francja, Paryż. I powyżej przypomniane okoliczności. Plus fałszywa sugestia pana L.S. jakoby Chirac był "czerwonym". Chirac nie był komunistą, nawet nie był socjalistą. Szczególnie w tamtym okresie, gdy był merem Paryża, można go nazwać politykiem prawicy. P. Stępniewski pisząc o tym mieszkaniu nie nazywa czasu, nie nazywa okoliczności. Dla mnie takie pisanie jest niczym innym jak myleniem właśnie. I to świadomym. Dla spreparowania jakiejś tam informacji. I tak się stało. G.E. Od Stępniewskiego: Nie pomyliłem ani miejsca (Paryż), ani czasu (gdy merem Paryża był Chirac), ani okoliczności (mieszkanie socjalne), więc miejsce pod stołem nadal na p. Eberhardta czeka. Niczego też nie "spreparowałem", ani nie "sugerowałem", natomiast sugestię p. E., że miarą uczynków Zbigniewa Herberta powinno być postępowanie Kazimierza Brandysa, uważam za zniewagę pamięci Zmarłego. L.S. © Lech Stępniewski sierpień-wrzesień 2002
|